Blog > Komentarze do wpisu
4 kwietnia 07 - Obóz sowiarski
Nic tego nie zapowiadało ale dwa tygodnie temu, dzięki namowie kolegi, wybrałam się w Pieniny poszukać nocnych prześladowców wszelkich gryzoni i ptaków.
 


  Obozy sowiarskie słyną z tego, że często sowy się tylko słyszy a nie widzi. Czytając relacje z innych tego typu wycieczek myślałam, że będę mieć wielkie szczęście jeśli usłyszę choć jedną. Wielką radość sprawiło mi to, że już pierwszego wieczoru usłyszałam nawoływanie sóweczki, najmniejszej sowy Europy! Pohukiwała też do nas uszatka i po chwili pojawił się duży cień, bezszelestnie krążący nad naszymi głowami. Kompletnie nic nie było słychać, mimo że ptak latał tak blisko. Mogłam się przekonać jak genialnie tłumią dźwięk, proste mechanizmy, które odróżniają sowy od innych ptaków – atłasowy meszek na piórach oraz ząbki. Na tle ciemniejącego nieba widać było też słonki, przelatujące powoli w locie godowym. Drugiego wieczora wybraliśmy się w to samo miejsce, uzbrojeni w reflektor i głośniczki podłączone do odtwarzacza CD. Stanęliśmy na polance w środku świerkowego lasu pod samotnym, lekko wyleniałym drzewem. Dosłownie chwilę po odtworzeniu głosu sóweczki odezwał się samiec i zaraz potem zobaczyłam, coś malutkiego lecącego lotem dzięcioła – sóweczka! Gdy już myślałam, że więcej jej nie zobaczę, przyleciała na drzewo pod którym staliśmy i usiadła na najniższej, wyeksponowanej gałęzi! Siedziała tam chyba z minutę, więc mogłam się jej dokładnie przyjrzeć. Spojrzała mi prosto w lornetkę! Takie maleństwo ale nadrabia wyrazem twarzy – delikatnie mówiąc, srogim wyrazem.


 
Ostatni dzień, spędziłam patrząc się w niebo z nadzieją ujrzenia wymarzonego orła przedniego. Niestety i tym razem mi się to nie udało. Byłam już w kilku „odpowiednich” miejscach ale widocznie nie w „odpowiednim” czasie. Jeszcze Cię zobaczę urwisie! Wieczór poświęciliśmy na spenetrowanie sporego lasu gdzie mogły być włochatki. Podzieliliśmy się na grupy i każda ruszyła w swój sektor. Po godzinie marszu i wysłuchiwania usłyszałam głos włochatki. Tak mi się przynajmniej wydawało. Chwilę potem zawyły wilki i doszukałam się w tych wszystkich dźwiękach ludzkiego, złośliwego pierwiastka. Szliśmy jeszcze przez parę kilometrów gdy koledze odnowiła się kontuzja nogi i dalszy marsz nie był wskazany. Dotarliśmy do najbliższej miejscowości gdzie zostałam razem z kontuzjowanym kolegą a reszta grupy wybrała się w drogę powrotną po samochód. W pobliskim sklepie zapytałam gdzie można w cieple poczekać. Sprzedawczyni spojrzała na mnie z lekkim przestrachem ale też i nadzieją. – Czy pani mnie kameruje i będę w telewizji? - zapytała wskazując na latarkę czołówkę, którą miałam na głowie. Szybko uspokoiłam panią co do naszych zamiarów, wyjaśniłam do czego służy owo urządzenie na mojej głowie i razem z kolegą udałam się do wskazanego przez nią baru.
 


Gdy ilość dymu papierosowego w barze przerosła nasz poziom tolerancji, wyszliśmy na spacer. Spojrzałam w okienko kościoła i aż serce zabiło mi mocniej! Sowa! Siedzi na parapecie. Z nadzieją podniosłam lornetkę do oczu i... poczułam się jak balonik z którego ktoś spuścił powietrze. Sztuczna! Po tylu godzinach chodzenia, szukania, wabienia. Jedna, sztuczna sowa! Powinni czegoś takiego zabronić. Na szczęście niedługo potem przyjechała ekipa ratunkowa i mogliśmy wrócić do kwatery... Nazajutrz rano, przywitało nas piękne słońce i zarys Tatr po słowackiej stronie. Ale jak wiadomo wszystko co dobre kiedyś się kończy i niestety trzeba było się już pożegnać i wyruszyć w drogę powrotną do Warszawy.
 
Dziękuję wszystkim za miłe towarzystwo i udany wyjazd!


 
 
czwartek, 01 stycznia 2009, kasia_goworek

Polecane wpisy

  • Czas na zabawę w trzech wymiarach

    Dawno temu plastelina, później modelina a dziś glinka ceramiczna. Zawsze lubiłam dłubać. Zwykle robiłam miniaturki zwierzątek od biedronek po słonie. Jako, że m

  • Urodził się w zimie więc... zimorodek!

    Kolejna praca została zasugerowana długo oczekiwanym wydarzeniem w życiu moich przyjaciół. Poznaliśmy się zupełnie przez przypadek na wycieczce w Bieszczadach.

  • Koszulka z Płomykówką

    Od dawna chciałam jakoś jeszcze wykorzystać połączenie mojej pasji przyrodniczej z zawodem plastyka. I tak zrodził się pomysł projektowania koszulek z wizerunka